Brzmi jak lost in translation, tylko całą noc obracam się w kapsule ze sklejki. W ustawialnym kolorze ledów szukam punktu, rozmycia; stopy, dłonie, wszystko jest lagged.

Hinduscy robotnicy leżą w cieniu, kryjąc się przed słońcem równika. W lustrzanych korytarzach dziewczynki tańczą tiktoki. Tik Tok. Ten czas jest innym czasem - puchnie od wilgoci, odbija się w szkle. Dni się powtarzają, kolejne piętra, kolejne okna, coraz wyżej na osi.

To miasto jest storczykiem hybrydą, sztucznie zapylonym pęsetą, mikropyłek trafia na mikropręcik. Kwitnienie świata; w  stali i ornamencie, krzyżowanie prądów. Kolorowe wzory statków na zatoce, łykowate tuby metra.

Znajoma na piwie opowiada o swojej pracy, gdzie pozornie traci się kolor. Na ulicach wyłazi. Muezzin śpiewa swoją pieśń, pompony splatane są w łańcuchy. Próbuje zrobić zdjęcie nocnej panoramy, ale światła przechodzą przez nas, rozpraszając fokus.

W końcu usnę, słysząc oddechy, nie znając źródła.

+