Jeżeli tkanka jest grupą podobnych sobie komórek, które wiążą się ze sobą we wspólnym celu, to nie da się ukryć, że za naszą redaktorską decyzją, by mówić o „tkance społecznej”, stoi pewne przedzałożenie o politycznej wymowie. Nie jest ono zresztą czymś, co warto byłoby ukrywać lub wypierać, wręcz przeciwnie, możemy postawić je w centrum rozważań i odnosić się do niego zupełnie jawnie. Owo wstępne rozpoznanie można całkiem precyzyjnie wyrazić, parafrazując w perwersyjny sposób słowa klasyczki: w literaturze nie ma czegoś takiego jak jednostki, są tylko kolektywne układy wypowiedzenia i ich złożone środowiska artykulacji.

Jedno powiedzieć możemy zatem na pewno – choć w wierszach nadesłanych do pisma społeczny wymiar egzystencji jest gęsto „reprezentowany”, przyglądamy mu się raczej w szerszej perspektywie. Przykładowo, kiedy Martyna Rogacka traktuje temat rodzicielstwa jako pretekst do międzykulturowych refleksji nad kategorią własności prywatnej („Nigdy nie chciałem niczego na własność”), w zawoalowany sposób wyraża pewne intuicje na temat języka poetyckiego, który zawsze tylko na chwilę się pożycza, nawet gdy jest się twórcą najbardziej oryginalnego idiomu. Permanentna labilność związana z odruchowym gestem zawłaszczenia i refleksyjnym przekonaniem omnia sunt communia, podkreśla już tytuł pierwszego utworu: „I’m having his baby (no I’m not)”. Posiadanie dziecka okazuje się podobnym rodzajem relacji społecznej jak posiadanie własnego języka, który niezależnie od zastanych okoliczności zawsze jest mój i nie-mój.

To o tyle istotne, że właśnie język jest tym, co pozwala zawiązać tkankę społeczną w prezentowanych wierszach – to dzięki niemu pozorna odrębność i niezależność aktorów społecznych zostaje zorganizowana według zasady koniunkcji. Michał Janik odmalowuje wiersz-incydent – pod względem mechaniki przypominający nieco utwory Dominika Bielickiego – umieszczając swoich bohaterów lirycznych w… ulicznym korku. Przyczyna zamknięcia dróg pozostaje utrzymana w tajemnicy i rozmyta, co dodaje jej egzystencjalnego ciężaru. Bez wątpienia ton wiersza na tym traci, ale rozmycie to nie jest przypadkowe, pełni ono ściśle określoną funkcję. Właśnie dzięki niemu perspektywa mówiącego może skoncentrować się na czymś o wiele ciekawszym, tj. na wielości indywiduów, na „rodzinach z dziećmi”, „historyku”, „chłopaku”, który nie dotrze dziś do dziewczyny. Choć wszyscy są od siebie doskonale odizolowani w metalowych puszkach, ta migawka, podczas której bohaterowie „puszczają kierownice”, na moment czyni z nich kolektywny podmiot. Nie po to, aby czegokolwiek mogli wspólnie dokonać – w swojej quasi-wspólnocie pozostają przecież całkowicie bierni i bezsilni – a raczej po to, by stało się jasne, jak nienaturalny i aberracyjny jest nasz codzienny sposób egzystencji, nasza pojedynczość.

Temat własności prywatnej jako relacji społecznej powraca ze zdwojoną siłą w zestawie Rafała Gawina, w którym cała metaforyka pracuje na silniku dwóch dużych figur: polityki mieszkaniowej i medycyny. Kolejno wprowadzając na scenę trzy postaci: dewelopera, flippera i rentiera, Gawin z satyrycznym zacięciem przygląda się “śmierci pacjenta”, jakim jest życie społeczne. Deweloper okazuje się nie mieć serca, dlatego w jego przypadku „operacja na otwartym sercu” nie może się udać; chciwość flippera nie zna granic, zatem „operacja powiększenia żołądka” przebiega bez trudu; wreszcie rentier „nie potrzebuje operacji”, by zmarło dwóch pacjentów – jego całkowicie bezproduktywny sposób zarobkowania wywłaszcza z majątku tych, którzy zaharowują się na śmierć. Ten mroczny, a przecież bliski naszemu rzeczywistemu doświadczeniu obraz tkanki społecznej równie dobrze moglibyśmy umieścić w rubryce z “tkanką rakową” – jej poszczególne komórki współpracują ze sobą, by pasożytować na zdrowej tkance, prowadząc do stopniowego wytracania życia z organizmu.

Mechanika relacji społecznych, ze wszystkimi jej sprzecznościami i w całej złożoności, która na poziomie wyizolowanego konkretu pozostaje ukryta, w ciekawej formie dochodzi do głosu w wierszach Jana Mokrzyckiego. Zewnętrzna pozycja podmiotu, raczej ekspaty niż turysty, ułatwia mu wejście na poziom abstrakcji, gdy przygląda się kolektywnemu życiu w Południowej Azji. Obcość i dziwność paradoksalnie najsilniej ujawniają się tam, gdzie oko łapie coś swojskiego, jak „dziewczynki tańczące tiktoki” albo „białe ciała z drinkiem, w bikini”. Rdzeń tej poetyki znajduje się jednak gdzie indziej, w nakładających się na siebie perspektywach amerykańskich turystek, które z paralotni podziwiają miasto, oraz ich dziadków, którzy „te same wzgórza”, widzieli z „okien bombowców”. Wiersze te czyta się z przyjemnością, a jednak trudno opędzić się od pytania, które naturalnie pojawia się w trakcie lektury: czy Krzysztof Pietrala dorobił się naśladowców?

Zwykle nie pamiętamy, że nawet najbardziej intymne relacje mają wymiar społeczny, bowiem społeczne nie jest przeciwieństwem prywatnego, a raczej jego niezbywalnym warunkiem. Piotr Okniński w zabawny sposób pokazuje, jak łatwo flirt – ze swojej natury balansujący na granicy znaczenia – może osunąć się w blamaż. Czytam jego wiersz nie jako subtelny erotyk, ale jako osadzoną w konkretnej sytuacji lirycznej estetyczną refleksję nad samym statusem komunikacji – niepewność i semantyczna chybotliwość nie są tym, co utrudnia porozumienie, ale tym, co je umożliwia. Potencjalna kompromitacja, która widmowo zawsze towarzyszy intymnej rozmowie, wcale nie jest tym, czego należy się obawiać – wręcz przeciwnie, wiąże się ona z ryzykiem i nadzieją. Relacja międzyludzka nie może zostać zredukowana do wymiany informacji, która poddałaby się prostym operacjom liczbowym, a tym samym sprowadziłaby ludzkość do roli świadomych automatów. Gdy mówimy, zawsze jesteśmy trochę niezdarni i zagubieni, ale właśnie dlatego technologiczna dystopia, u progu której stoimy, nigdy nie będzie w stanie w pełni podporządkować sobie człowieka. Uratować może nas piżama w żyrafy.

Na koniec zostawiam krótki, ale bogaty w treść tekst Macieja Borowiaka, który najmocniej przykuł moją uwagę za sprawą perspektywy mówiącego, rytmu, jakim mówi się w wierszu, oraz elipsy – wspaniale skonstruowanej i kluczowej dla wymowy utworu. Dwie pierwsze kwestie uderzają natychmiast, bo przywodzą mi na myśl Ważykowego „przechodnia”, który w swoich obserwacjach ulicy jest ultranowoczesny, a w swoich artykulacjach – jednocześnie współczesny i klasycyzujący. To nawiązanie staje się właściwie niemożliwe do przeoczenia, gdy trafiamy na frazę: „za szkłem w witrynie lodowej bieli / opal chalcedon turmalin beryl”. Szczególnie warte uwagi jest jednak zagadnienie trzecie – świadome przemilczenie, produktywny brak. Borowiak proponuje nam bowiem artystyczną ekspresję, która opowiada relację społeczną określonego typu, nie wprowadzając do tekstu ani jednego ludzkiego bohatera. Zanim przyjdzie nam do głowy, by odnieść się do modnych dziś ontologii zorientowanych na obiekt, powinniśmy sięgnąć do niemodnego, starego brodacza z Trewiru, który ponad półtora wieku temu odkrył dla świata „metafizyczne subtelności” i „teologiczne kruczki” towaru.

+

„Kiedy zajmujesz pozycję, odsłaniasz się”[1]

Przez dyskurs krytycznoliteracki przetacza się co jakiś czas debata o liryce zaangażowanej. Sam skłaniam się ku poglądowi, że każda twórczość jest w jakiś sposób, oczywiście nie zawsze bezpośredni i nie zawsze pozytywny, społecznie zaangażowana. W końcu społeczeństwo i poezja mają wspólny rdzeń – język. To prowadzi jednak do wniosku, że nie tylko ta grupa, ale i cały numer mógłby znaleźć się pod szyldem tkanek społecznych, w końcu każdy wiersz ma jakąś polityczną implikację. Jednak w tej grupie zgromadziliśmy teksty, w których owa implikacja stanowi rdzeń i główny przedmiot zainteresowania. W tkankach organicznych kluczowa była relacja pomiędzy człowiekiem a językiem, w rakowych pomiędzy językiem i tekstem, a w zebranych tutaj utworach na pierwszy plan wysuwa się relacja między podmiotami rozumiana jak najszerzej – społecznie.

Nie wszędzie jednak polityczna refleksja jest równie łatwo dostępna, mieszkaniowy tryptyk Gawina jest pełen słów kluczy, ale już w wierszu „W oczekiwaniu na służby” Michała Janika, do dostrzeżenia atomizacji ukrytej pod płaszczykiem zróżnicowania, charakterystycznego dla późnego kapitalizmu, potrzebny jest interpretacyjny wkład. Borowiak zestawia czerstwy chleb i kamienie szlachetne w wierszu przywodzącym na myśl barokową martwą naturę, postapokaliptyczna perspektywa na zakumulowane dobra pozwala podsumować się  słowami Vanitas vanitatum…. Wiersze Martyny Rogackiej najlepiej poddają się metaforze tkanki jako grupy komórek wiążących się ze sobą we wspólnym celu, którą Dawid nakreślił we wstępie. Chociaż w wierszu „Cosa nostra (CIT-8)” pojawia się i rak, i życie, i syntetyczny cyborg, to sens tego miszmaszu nie pozostawia wątpliwości: chodzi o wspólnotowy, utopijny impuls. U Mokrzyckiego sprawa zaangażowania jest jeszcze bardziej wyrazista, zestawienie amerykańskich turystek i ich dziadków oglądających te same wzgórza „z okien bombowców”, jest emblematyczne dla obydwu utworów nadesłanych przez autora, jednak te, mimo prostego obrazowania zostawiają miejsce na refleksję wykraczającą poza południową Azję, zwracają uwagę na szersze procesy globalizacji. Najbardziej nieoczywistym wyborem w tym dziale jest Piotr Okniński. Jego wiersz pokazuje relację społeczną w skali tak małej, że jej socjologiczny wymiar pozostaje prawie nieuchwytny, a jednak ryzykowne odsłonięcie się podmiotu pozostaje uniwersalne i kluczowe dla każdej sytuacji międzyludzkiej zarówno w mikro-, jak i w makroskali.

 

[1]M. Mokry, Solarysze, Wrocław 2025

+