
Ubierają przęsła w sztuczny bluszcz, ukradkiem pieszczą liście opuszkami palców, co prawie nie sposób dostrzec z okna tramwaju.
Wyszedłszy z trudem z dziesiątki, baba nie schodzi za tłumem pod ziemię. Zamiast tego staje przy barierce, zadziera spódnicę, kuca. Po czym sika na
serce
witaj
mamy do czynienia z poetką
co jak śluzowiec w patoantologii znaków
wytycza ścieżki
pragną być deptane
