
W poprzedniej grupie pisałem o tkankach jako o wyrazach ekspresji genów, nie sposób przeoczyć faktu, że te rakowe również są w jakiś sposób organiczne. Zasługują jednak na wyróżnienie właśnie ze względu na to, jak owa ekspresja przebiega. Przekaz informacji genetycznej podlega zakłóceniu – glitchuje się i tworzy coś nie aż tak organicznego, tworzy coś, co się nie starzeje, nie umiera i rozrasta w nieskończoność. Takie właśnie są teksty w tym dziale, tutaj podmioty tracą na znaczeniu, fraza rakowacieje i puchnie, zaczyna definiować sama siebie, tworzy przerzuty i nacieki, jest tak agresywna, że nie zauważamy kiedy zawłaszczyła inne elementy. Zakłócenia i glitche, które nie zawsze przecież prowadzą do mutacji, w odpowiednio dużym natężeniu sprawiają, że wiersze stają się czymś innym, wymykają się prawidłom, którym do tej pory podlegały.
Teksty rakowe utkane są z błędów, które przejmują kontrolę nad przepływem danych, a w efekcie przestają być błędami i stają się nowym tworzywem[1]. Narośl słów podporządkowuje sobie język i zaczyna nim wywijać po swojemu. To wywijanie okaże się kluczowe, różnego rodzaju zakłócenia kierują naszą uwagę przede wszystkim na środki wyrazu, sprawiają, że utwory jawią się jako samozwrotne. Przy niektórych wierszach nasuwa się pytanie: czy sprzeciw wobec systemu, w tym wypadku językowego, jest w ogóle możliwy do wyrażenia z jego wnętrza? Kilka utworów, przynajmniej deklaratywnie sygnalizuje takie subwersywne intencje, a glitche, po Fisherowsku dziwaczne[2], owe deklaracje uwiarygadniają.
Utratę kontroli najdobitniej widać na przykładzie wiersza „filtry. cudzysłuch” Szymona Florczyka. Podmiot zadaje pytanie w pierwszym wersie: „piszę czy jestem pisany czy”, a potem odsuwa się na drugi plan, wątek wymyka się spod kontroli, zostaje porwany przez dziki nurt łamańca językowego. Ten rozrost formy, nie jest jednak tanim efekciarstwem, poza spektakularnymi aliteracjami i koszmarem dyslektyka, wiersz oferuje coś więcej. Florczyk zadaje pytanie o autonomię podmiotu w językowym systemie. Formalny przepych to również ekstatyczna próba rozerwania (jeśli utwór czytamy na głos, to rozerwanie może stać się prawie dosłowne) tkanki języka.
Jeszcze większą dawkę energii niesie ze sobą wiersz „PRZEZ PĄCZKOWANIE!” Weroniki Stępkowskiej, który już w tytule eksploduje, a potem nie zwalnia ani na moment. Podobnie jak w tekście Florczyka puchnie warstwa brzmieniowa, jednak znaczeniotwórczym środkiem, wobec którego aliteracje są tutaj jedynie podrzędne, jest ujawnienie asocjacyjnej relacji pomiędzy poszczególnymi wyrazami. Utwór nicuje swój proces powstawania: ujawniając niczym nieskrępowany przepływ skojarzeń, pokazuje jak podobne brzmienie wyrazów, obudowuje wiersz w sensy. Kosztem wyzwolonego języka osłabia się jednak podmiot. Osoba mówiąca pojawia się wyraźnie, ale jest skrępowana przez mechanizmy (samo)kontroli: „moja komórka uprawia autoerratyzm”, zabawa słowami jest raczej jej marzeniem, niż rzeczywistym aktem. Glitch nie jawi się tutaj jako coś, opętującego – przeciwnie, te asocjacje rozgrywają się w lekki, humorystyczny sposób. Przywołanie na końcu, sielankowego obrazka dodatkowo rozjaśnia nastrój tekstu, ale to światło jest dla skrępowanego podmiotu dostępne jedynie jako fantazja.
Ekstatyczny rozrost zostaje zastąpiony powolnym naciekaniem w „Wierszu przeciw poezji” Juny Miry Moony. Już sam tytuł wprost wskazuje metapoetyckie wychylenie, a uwagę najbardziej przyciąga forma: wersy w nawiasach oblewają i przytłaczają główną część, same jednak nie są wewnętrznie spójnie, w pierwszej połowie mamy do czynienia ze szkatułkową konstrukcją, w której centrum znajduje się słowo „presja”. Do utworu, który ma ironicznie i siłowo wdzierać się w poezję, wdziera się wtrącenie, następnie w to wtrącenie wdziera się celowo umieszczony błąd, ta podarta, konkretystyczna wersyfikacja stanowi próbę typograficznego zaburzenia lirycznego układu.
Rozważań nad istotą poezji podejmuje się Julian Kazberuk, w którego utworach dominuje refleksja nad podmiotem i zawłaszczającym charakterem frazy. Autor pisze: „nie ma sumień w wersach […] / na pewno mam w tym nurcie / na sumieniu chociaż / pigmejskiego jeża / co zmierzał w łan / a to Ja go ukradło” bezosobowa, być może nawet (ponownie nawiązując do książki Fishera) osobliwa[3], sprawczość słów w wierszu „pegi 18” ściera się z podmiotowością. Na poziomie meta, ten tekst pochyla się nad uniwersalnym dla liryki napięciem pomiędzy językiem, osobą mówiącą, a przedmiotem poezji. Te rozważania ciągną się dalej w utworze „plomba”, tutaj twórczość jest czymś, co przydarza się przypadkowo, jest bardziej przerwaniem milczenia niż autonomicznym aktem, słowa: „leżą odłogiem” zostają przekształcone, ale tylko na tyle, by „trzymać mechanikę szczęki”, wydają się zbędne, zastępowalne „w przeżuwaniu / [ciszy]”. Podobnie jak u Juny, znajdziemy w zestawie Kazberuka pewną antyliryczną przewrotność, w jej odgrywaniu ważną rolę pełnią słowa znajdujące się w kwadratowych nawiasach, te wtrącenia, jakby guzy, odpowiadają za bardzo drobne, ale znaczące, przesunięcia sensów, zawsze w bardziej abstrakcyjnym kierunku, zawsze ku potencjalnemu zewnętrzu.
W polu metapoetyckiej refleksji utrzymują się również wiersze Magdaleny Grendy–Kurmanow, „zgęstnienie” to zabawa z koncepcją zagęszczonego języka przypisywanego liryce w ogóle. Obserwujemy, jak proza ścina się w „patoantologię znaków”, a to z kolei przywodzi mi na myśl slogan z „Eksperymentu ze znikaniem” Zofii Skrzypulec: „PISARSTWO – SZCZYNA”[4]. Grenda–Kurmanow tworzy coś na kształt fizjologii tekstu, a następnie poddaje ją mutacji, to staje się drogą do sięgnięcia głębiej, do ironicznego zanurzenia się w tworzywo wiersza. Znowu mamy więc do czynienia z poezją ironicznie wymierzoną przeciw poezji, z jakąś próbą autoimmunologicznego skierowaniu układu wypowiedzi przeciw samemu sobie.
Pojawienie się w tym dziale prozy Julii Śliwowskiej, można by tłumaczyć jako prozatorski nowotwór w niemal wyłącznie lirycznym numerze czasopisma. Byłby to jednak zabieg tani i pożałowania godny, bo w utworze Śliwowskiej również mamy dostęp, i to dostęp ciekawy, do języka w jakiś sposób przechwytującego przekaz informacji. Momentami można odnieść wrażenie, że pojawia się tutaj „autoerratyzm” z utworu Stępkowskiej, narrator co chwilę poprawia się na naszych oczach, modyfikuje historię w trakcie opowiadania, tak by brzmiała jak najlepiej: „Butelki po piwie, boże, cliché, butelki po colach do wódki”. Synonimie składniowe, które pojawiają się w kolejnych, krótkich akapitach, dodatkowo nadają prozie poetyckości. Język Śliwowskiej nosi znamiona stonerowego liryzmu, ale poza tym jest również jakby łańcuchem, złożonym z nakładających się na siebie pętli. Wszystko to składa się na ćpuński, antyestetyczny erotyk, w którym jest jednak trochę miejsca na piękno, wydaje się, że dostrzeżenie go, zależy od perspektywy: w końcu punkt widzenia zależy od punktu siedzenia a „Na krześle inaczej widzi się życie”.
[1] Do wysunięcia tego rozpoznania zainspirował mnie tekst Petera Krappa „Gaming the Glitch”, chodzi konkretnie o cytat „What is noise to one may be message to another” zob. P. Krapp, Gaming the Glitch: Room for Error, [w:] Error: Glitch, Noise, and Jam in New Media Cultures, ed. Mark Nunes, Nowy Jork 2011. s. 126.
[2] Por. M. Fisher, Dziwaczne i osobliwe, przeł. A. Karalus, T. Adamczewski, Gdańsk 2023. s. 38.
[3] Tamże. s. 68.
[4] Z. Skrzypulec, Eksperyment ze znikaniem, Kraków 2025, s. 18.
***
I znowu jesteśmy w domu. Może nie zabrzmi to dobrze, ale musimy zgodzić się co do najprostszych faktów – wiersz ma o wiele więcej wspólnego z komórkami nowotworowymi niż ze zdrową tkanką organiczną. Pod względem ewolucyjnym jest efektem ubocznym, nie ma w nim nic, czego gatunek ludzki potrzebowałby do przetrwania, nie ma w nim nic nawet relatywnie użytecznego. Jest najczystszą emanacją kultury, tej groźnej i niezrozumiałej nadświadomości, która wykształciła się – niewykluczone, że w wyniku zwykłego błędu rozwojowego – u człowieka. Ten, kto nie pisze wierszy, pewnego dnia po prostu umiera, ale ten, kto pisze wiersze, przez całe swoje życie jest „istotą śmiertelną”, mitologizuje śmierć i przypisuje jej atrybuty, których ta nie posiada. W czasach zaangażowania w CCRU, Land i Fisher łączyli spinozyzm z cyberpunkiem, by pokazać, dlaczego ludzki układ neurologiczny pozwala nam czerpać tak wielką przyjemność z tego, co nas zabija. Z pozoru nieszkodliwa poezja jest świetnym przykładem trudnej prawdy o tym popędzie. Pozwala nam ona przekraczać własną kondycję, sięgać poza skupione wyłącznie na przetrwaniu „ja”, ale właśnie za sprawą tej niesamowitej mocy rozwija się niczym nowotwór na ciele społecznym.
