Kiedy wyszła, zostawiła po sobie zapach wody kokosowej i bletki do rolowania nasion. Rolowała nasiona na mojej kanapie, siedziałem wtedy przy stole. Lubię ten kąt, przecina się przez okno, przez żaluzje, obserwują nas przechodnie przez cienkie paski zabarwione plastikiem.

Przechodnie naprawdę mają nas w dupie, sprzątają kupy po swoich psach, rzucają pety na chodniki. A ona swoje zawsze do kosza, u mnie do kosza pod zlewem, zawsze do kosza pod zlewem. Nie chodzi do łazienki, nie zostaje tak długo.

Kiedy wyszła, obserwowałem ją przez cienkie paski zabarwione plastikiem, zadymione nasionami, nasiąknięte wodą kokosową. Słońce schowane za chmurami, szkoda, dobry by był kadr: różowe niebo, pomarańczowe plamy, plamy na jej różowych policzkach.

Upudrowała się na kanapie, róż sobie nałożyła, tak mówiła, róż sobie nakładam. Róż od ciebie nie chcę, do łazienki u ciebie pójść nie chcę, u ciebie nawet nie do łóżka, tylko na tę kanapę.

Uprawiamy seks na kanapie średnio trzy razy w tygodniu, nigdy nigdzie indziej. Przychodzi przeważnie w środy, czwartki i piątki. Między tym tydzień roboczy od niej, od pracy maskowania, naciągania narzutki na kanapie, ściągania materiału z ud, podwijania tego z żeber.

Po seksie roluje nasiona, wypala jedno, bo jej pozwalam. Zaciągam się zapachem nasion przez kolejny tydzień roboczy, a potem znowu, w kółko z wypalonego przez nią blanta. Gdy nie ma już na kanapie, na żaluzjach, nurkuję nosem do tego kosza pod zlewem. We wtorki wrzucam do niego zawartość zapchanego czarnego worka, leży oparty o wyspę przez cały tydzień roboczy.

Praca zdalna pozwala na wąchanie kosza kilka razy na dzień. W przerwie na lunch wychodzę do żabki, zjadam po drodze, dużo w tym worku nie ma, jednorazowe Gilette i chusteczki, mało jest w tym worku. Butelki po piwie, boże, cliché, butelki po colach do wódki.

Siedziałem przy stole i zaproponowałem jej wódkę z colą, hej, kochana, może wódki z colą się ze mną napijesz? Z tobą mogę, ale nie z colą. Butelki po sokach do wódki.

Hej, kochana, może wódki z sokiem się ze mną napijesz? Z tobą mogę, ale nie z sokiem. Butelki po wódce.

Siedziałem przy stole przygotowany. Zanim przyszła, rozlałem do dwóch kieliszków. Nawet nie spojrzała, rzuciła bletki na kanapę, rzuciła mnie na kanapę, zabrałem się do zdejmowania spodenek, narzutka spadła na jej nagie uda.

Nie zakrywaj się, daj, spojrzę, a ona mówi, że to nie ona się zakrywa, tylko ta narzutka z kanapy, rozkłada nogi, ja się w ogóle, mówi, nie zakrywam.

Nurkuję w te nogi, jak do kosza pod zlewem, tam i tam nasiona, zaciągam się, wchłaniam, siłą rzeczy – zakrywam.

Kiedy kończymy, roluje nasiona na kanapie, a ja siadam przy stole. Hej, kochana, kochana, w głowie się kręci, od wódki przestanie, napijesz się, może, ze mną wódki?

Jej pupa pierwszy raz ląduje na krześle przy moim stole, jej usta po raz pierwszy dotykają mojego kieliszka. Ile to już trwa, kochana? Trzy tygodnie może, trzy lata, trzy, może, dni, napijesz się, może, więcej wódki ze mną?

Pije ze mną wódkę z kieliszków, spijam popitę z jej ust, nic innego nie chce. Ślina ci nie wystarcza? Pyta, czy ślina mi nie wystarcza, więc spijam ślinę z jej ust, ale chcę więcej, chcę więcej, a potem wychodzi, a ja nurkuję do kosza pod zlewem, do kieliszka, który przez cały tydzień roboczy będzie stał na tym stole.

Kiedy wyszła, zostawiła po sobie ślinę na swoim kieliszku i moich ustach, zapach wody kokosowej i bletki do rolowania nasion. Zostawiła mnie na krześle przy stole i nie mogłem wstać przez kolejne pięć godzin, a później już nie musiałem, już praca zdalna, już tylko do żabki, już tylko kanapka po drodze, z powrotem na krzesło.

Na krześle inaczej się widzi życie, pod innym kątem. Przecina się z oknem na prawdziwych ludzi, psy, ściskające się palce. Plastikowe torebki z butelkami piwa, coli, wódki, z warzywami, ciastkami, chlebami, mąką, boże, ludzie kupują mąkę, a ja siedzę z nosem w śmietniku.

+